Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Nie mam w sobie zasobów, żeby opisywać cały dzień, ale czuję się tak źle, że potrzebuję z siebie wyrzucić to gówno. Czuję się bardzo samotna. Bardzo. To, co mi dolega czyli ten lęk, strach i ból związany z przyjaciółką zostaje tylko ze mną, bo przecież z nią o tym nie porozmawiam. Ona ma się skupić na zdrowieniu i jestem od tego, żeby być jej podporą i nie, nie skarżę się na to, absolutnie! Tak wygląda przyjaźń. Ja miałam problemy - ona wspierała i kochała mnie, a teraz czas, żebym to ja stanęła na wysokości zadania. I stanę i stoję. Nie zmienia to jednak faktu, że czuję się samotna z tym co przeżywam i tyle. Myślę, że to ludzkie. I to nie jest też tak, że ja się skarżę, narzekam czy coś, nie. Po prostu to maluteńkie poletko w czeluściach internetu to aktualnie moje jedyne miejsce, gdzie mogę wyrzucić z siebie gówno, które mnie trawi.
Czuję też w sobie dużo złości, bo od wczoraj obrywam od przyjaciółki. Nie tam, że jakieś awantury, ale jest dużo emocji i na pytania odnośnie zdrowia odpowiada mi.. emocjonalnie powiedzmy. I złości mnie to, bo nie zasłużyłam na to, nie zrobiłam nic złego, ale rozumiem i akceptuję, że tak jest. To trudny czas, jeszcze trudniejsze emocje i po prostu jest jak jest. Jestem, wspieram, kocham, tulę, troszczę się, zaciskam zęby i tyle. Przetrwamy to. Razem to przetrwamy.
Nie użalam się nad sobą. Mam bardzo dużo wdzięczności w sobie, że mam przy swoim boku tak cudownego człowieka, który bardzo mnie kocha i jest to najczystsza miłość jaka mnie spotkała w życiu, który tak walecznie się o mnie bije, żebym tylko stanęła na nogi, który zbiera mnie z ziemi już tyle miesięcy, że nikt normalny tego nawet już nie policzy, który ma najcudowniejsze serce na świecie, który jest po prostu dobrym człowiekiem. Tak, dobrym. I zrobię wszystko, żebyśmy razem przetrwały ten trudny czas. Tak jak ona walczyła o mnie przez ostatnie 1,5 roku albo i więcej tak teraz ja będę walczyć o nią. A potem przyjdzie czas, że ona wyzdrowieje, a ja nie będę odpierdalać i będziemy się razem cieszyć dobrym życiem. Taki jest mój plan na przyszłość.
Byłam dzisiaj na mitingu i chłopaki mnie bardzo ciepło przyjęli. Jak zawsze zresztą. Stanowimy fajną ekipę. Ale abstrahując od tego: miting odbywa się w klubie abstynenta, wchodzę, a tam w kafejce siedzą dwie panie, z którymi zaczynałam swoją drogę. Aż się wzruszyłam. Wyprzytulały mnie i w ogóle. Po mitingu jedna z nich siedziała jeszcze w kafejce, więc się przyłączyłam do rozmowy. W sumie chciałam jechać do domu, ale dlaczego nie spędzić czasu w bezpiecznym otoczeniu, z bezpiecznym człowiekiem, którego bardzo lubię? Rozmawiałyśmy o trzeźwieniu, o ostatnim bardzo trudnym czasie i w ogóle. Ponad godzinę rozmawiałyśmy. Powiedziała mi też, że w lipcu zmarł filar naszego klubu abstynenta i aż mi poleciały łzy. Pan Waldek był cudownym człowiekiem. Gdy go poznałam bardzo mnie przerażał, bo był postawnym starszym mężczyzną o bardzo niskim i groźnym głosie. Z czasem się jednak okazało, że to bardzo ciepły facet z sercem na dłoni. Jakiś kawałek mojego serca dzisiaj bardzo zapłakał, ponieważ pan Waldek wspierał mnie na mojej drodze zawsze. Gdy był czas i trwał on tak naprawdę parę lat, że co się pojawiałam w klubie to zawsze po zapiciu to on zawsze miał dla mnie ciepłe słowo. Zawsze. Młoda nie łam się. Młoda przyjdzie czas i zaskoczysz. Młoda nie poddawaj się. Młoda chodź na mitingi. Młoda walcz. Od kilku lat bardzo ciężko chorował i na logikę wiem, że teraz jest mu lżej, bo już nie cierpi, już nie musi walczyć, ale moje serce kurwa aktualnie krwawi i lecą mi łzy. Nigdy Cię nie zapomnę panie Waldku, nigdy..
Jest mi kurwa ciężko, ale dzielnie piję herbatę zamiast alkoholu i tak pozostanie..
Do jutra.